Radosław Zych, Karol Cheda, Akademia UAV
Radosław Zych, Karol Cheda, Akademia UAV

Od szkolenia do wdrożenia

Z Radosławem Zychem i Karolem Cheda, właścicielami spółki Akademia UAV, rozmawia Sławomir Kosieliński.

Odnotowuję trzy postawy na rynku dronów. Pierwszą reprezentują osoby wywodzące się z modelarstwa lotniczego i z tzw. General Aviation. Są one przywiązane do traktowania dronów jako części lotnictwa, co prowadzi do prób przeniesienia doświadczeń lotów załogowych do misji latających robotów w skali 1:1. Drugą uosabiają nabywcy dronów z myślą o jakimś biznesie, którzy dopiero z czasem orientują się, że samo latanie nic nie daje. Trzeba po prostu znać się np. na fotografii czy też poszukiwaniu zaginionych osób w górach, by skutecznie wykorzystać możliwości maszyn. Natomiast Wasza postawa – ta trzecia - najbardziej mnie przekonuje. Jesteście geodetami i traktujecie drony jako narzędzie, które znacząco przyspiesza i ułatwia wykonywanie różnych zadań. Jak zatem pracowaliście bez nich?

Radosław Zych (RZ): Przykładowo mapę do celów projektowych wykonywaliśmy albo tachimetrem albo za pomocą ręcznego odbiornika GPS o wysokiej dokładności. Mogło to trwać nawet kilka dni w zależności od ukształtowania terenu, jego dostępności i warunków atmosferycznych.

Nic dziwnego, że geodeci wybrali drony. A co w nich jest szczególnie istotnego, co zmieniło pomiary?

RZ: Wydajność! Dzięki dronom nastąpiło gwałtowne przyspieszenie pracy. I jeszcze jedno. Warunki rynkowe często wymuszają na firmach geodezyjnych cięcie kosztów. Raptem kilka lat temu mogły sobie one pozwolić na realizację usługi w zespołach dwu lub trzyosobowych. Teraz nie. Rozwiązaniem jest właśnie wykorzystanie dronów. Szereg prac może wykonać jeden człowiek.

Nie oznacza to, że geodeci porzucili całkowicie klasyczne narzędzia pracy. W pewnych zastosowaniach, w których wymagana jest bardzo wysoka dokładność, tachimetr jest niezastąpiony. Drony stały się po prostu kolejnym narzędziem pomiarowym i od geodety zależy, czego używać w danej sytuacji. Ale gdy zabierze się teraz za wyliczenie objętości np. mas ziemnych na budowie, albo ile jest węgla w składzie należącym do miejskiej elektrociepłowni, ani chybi wybierze drona.

Karol Cheda (KCh): Zdarzyło mi się, że rozmawiałem w jednej z kopalni z mierniczymi górniczymi, którzy zajmowali się cyklicznym pomiarem objętości składowisk. Żeby je wykonać, musieli bez względu na pogodę chodzić w wysokich kaloszach po hałdach. To był akurat marzec. Nastała okropna plucha na dworze i pojawiło się błoto, które uniemożliwiało samodzielne wędrówki. Musieliby jechać samochodami terenowymi albo wręcz koparkami. Gdy zaś zobaczyli, że dron zbiera dane w 30 minut zamiast ich całodniowego wysiłku, po czym wystarczyło trochę komputerowej obróbki, aby otrzymać trójwymiarowy model składowiska odwzorowany 1:1, nie mieli już wątpliwości, że chcą mieć takie narzędzie pomiarowe.

Owszem, pojawiały się głosy, że drony pozbawią mierniczych pracy. Wytłumaczyliśmy im, że bez ich wiedzy i doświadczenia na nic się nie zda nawet najbardziej zaawansowany robot. Tutaj nie chodzi o traktowanie dronów jako innowację technologiczną – kupimy drona, trochę sobie polatamy, pochwalimy się w sieci, jacy jesteśmy nowocześni, a potem odstawimy go na półkę –, lecz o innowację procesową, ponieważ drony pomagają usprawnić pracę.

RZ: Zresztą, z punktu widzenia czysto geodezyjnego, nie ma żadnego znaczenia jak wygląda dron. Istotne jest to jaki sensor przenosi. Ważny jest także czas lotu i prędkość, ponieważ od nich zależy wielkość obszaru do zmapowania. A tego nie rozumieją osoby zapatrzone w drony jako innowację technologiczną.

Prowadzicie firmę szkoleniową, która chlubi się, że przygotowuje profesjonalistów właśnie pod kątem wdrożenia tej innowacji procesowej. Jak to wygląda w praktyce?

KCh: Naszym klientom proponujemy bezpłatną konsultację. Jest to 15 minut na rozmowę przez telefon. Podczas tej rozmowy staramy się wyjaśnić wszystkie wątpliwości z jakimi zwraca się do nas klient. Wszystko po to, aby mógł aktualny problem rozwiązać samodzielnie. Jeżeli potrzebuje naszego dalszego wsparcia, zaś my wiemy, że będziemy mogli pomóc, rozpoczynamy współpracę. Podczas kilkugodzinnego spotkania w formie warsztatów wspólnie z klientem określamy potrzeby, zadania i cele biznesowe. Analizujemy w czym może pomóc dron, jak zbudować cały proces od pozyskania danych z użyciem drona po ich obróbkę aż do analizy. Wdrożeniem nie jest jego zakup drona i przeszkolenie jednej osoby – jak przekonuje wiele firm szkolących na rynku!

Przecież niejednokrotnie wiąże się z tym odpowiedzialność materialna pilota. Dron potrafi kosztować 100 tys. złotych. I co, miałby nim latać świeżo upieczony absolwent kursu tuż po egzaminie? To tak jakby ktoś zdał wczoraj egzamin na prawo jazdy i miał się nazajutrz wybrać ciężarówką do Wielkiej Brytanii. W obu przypadkach jest to zachowanie nieodpowiedzialne oraz niezwykle  ryzykowne. Firma ryzykuje przez to o wiele więcej niż jedynie koszty związane z zakupem drona. Firma ponosi odpowiedzialność za ewentualne szkody, traci czas, traci reputację u swojego Klienta. Brak planu na wdrożenie tej technologii może powodować również ryzyko utraty korzyści dla firmy z powodu niezrealizowania danego zlecenia w założonym czasie i budżecie.  

Organizacja powinna być przygotowana do takiej zmiany i stopniowo wdrażać swoich pracowników. Wśród jej kierownictwa lub szerzej – menedżerów, należy wskazać osobę, która wie lub się od nas dowie, do czego dron ma służyć i jakie daje możliwości. Musi ona zrozumieć, jakie korzyści płyną z tej technologii, ale również, jakie wynikają obowiązki dla firmy np. przygotowanie instrukcji operacyjnej, proces planowania i koordynacji lotów, prowadzenie ewidencji zrealizowanych lotów czy też przygotowanie analiz ryzyka np. zgodnie z metodyką SORA, gdy jest to wymagane.

Żeby proces wdrożenia się udał, zaczynamy od warsztatów standaryzacyjnych. Jest to jednodniowe spotkanie, gdzie razem z klientem rozmawiamy o celach jakie przed nami stoją. Omawiamy wszystko z udziałem kierownictwa danej organizacji. Pozwala to na opracowanie swego rodzaju strategicznego planu wdrożenia. Przygotowujemy cały cykl wdrożeniowy od tego, jakie kompetencje mają zdobyć piloci, jakie dokumenty musi opracować firma, aż po przygotowanie i realizację pierwszej misji. Można powiedzieć, że biorąc klienta pod rękę idziemy z nim ramię w ramię przez wszystkie elementy wdrożenia. Przypominamy, że im lepiej firma sobie radzi z wykorzystaniem dronów w biznesie, tym bardziej winna doskonalić swoje procedury, w tym w szczególności instrukcję operacyjną. To jest „żywy” dokument, nie można go zatwierdzić i schować w sejfie.

Kto w podobny sposób podchodzi do szkoleń dronowych? Nie boicie się kopiowania?

KCh: Im więcej takich firm powstanie, tym rynek stanie się dojrzalszy i bardziej odpowiedzialny a przez to będziemy czuli się bezpieczniej. Pozwoli to na zwiększenie akceptacji społecznej dla dronów. Wszystkim wyjdzie na dobre, jeśli różne organizacje zrozumieją o co naprawdę chodzi w technologii dronowej. Natomiast odpowiadając wprost na Twoje pytanie, nie znam drugiej takiej firmy, która oferuje taki model wsparcia Klientów w zakresie wdrażania dronów, jak my. 

Jesteśmy teraz w krytycznym momencie rozwoju rynku. Zaczyna obowiązywać w pełni unijne prawo dronowe. Wiele firm stanie przed dylematem, czy będzie w stanie wykonywać usługi zgodnie z przepisami, ponieważ brakuje certyfikowanego sprzętu lub współczynniki bezpieczeństwa wykluczają możliwość przeprowadzenie misji w kategorii szczególnej. Co będziecie im rekomendować?

RZ: To zależy…. Trzeba zbadać, co taka firma chce robić, czym i gdzie – w mieście czy poza miastem, poza terenem zabudowanym. Może się okazać, że wystarczy kategoria otwarta. Ale jeśli plan misji wymusza przelot w pobliżu ludzi lub nad ludźmi, ryzyko wzrasta i należy się podporządkować zasadom kategorii szczególnej. Warto wiedzieć, że jeszcze przez dwa lata będzie można korzystać z tzw. krajowych scenariuszy standardowych (NSTS), które dają zdecydowanie większe możliwości niż scenariusze unijne (STS). 

Rynek nie znosi próżni. Gdy ktoś nie zdążył złożyć do Urzędu Lotnictwa Cywilnego stosownych oświadczeń, to będzie mógł zapewne skorzystać z usług operatora zewnętrznego. Tenże weźmie na siebie formalności i udostępni pilotowi sprzęt i swoje procedury.

Mimo wszystko, odczuwam niepokój wobec przyszłości branży dronowej. Już dzisiaj dochodzą do mnie głosy, że firmy, które dotąd korzystały z dronów do oblotów swojej infrastruktury, rezygnują z nich i wracają do załogowych śmigłowców. Może jest to rozwiązanie droższe, ale prawnie łatwiejsze. Jak z tego impasu wyjść? Wasz biznes może upaść za dwa lata! O co się w tej chwili bić, co argumentować, jakie proponować rozwiązania?

RZ: Przede wszystkim dać nieco więcej wolnej ręki krajom członkowskim. Ujednolicone przepisy w kategorii otwartej wystarczą do lotów hobbystycznych obywateli Unii Europejskiej. Uzyskałeś uprawnienia w Polsce czy we Włoszech, możesz latać na wakacjach w Hiszpanii czy też w Szwecji. I to jest słuszna idea. Dobrze, że pilot musi zdobyć podstawowe kompetencje (A1/A3) i zarejestrować się w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Uzyskuje niepowtarzalne numery operatora i pilota.

Ponad 80 – 90% misji prowadzi biznes lokalnie. Firmy znają uwarunkowania prawne i potrafią ocenić ryzyko. Chodzi przecież nie tylko o prawo lotnicze, ale również RODO, zasady ochrony infrastruktury krytycznej, sposoby korzystania z zasobu geodezyjno-kartograficznego, wynikające z odpowiedniej ustawy. Przywróciłbym podział lotów na komercyjne i niekomercyjne, które wprowadziły już nieobowiązujące polskie przepisy z 2013 r. Niech kategoria średniego ryzyka – kategoria szczególna – wróci do jurysdykcji krajów członkowskich.

Ubolewamy, że doszło do mocnego przeregulowania tej kategorii. Agencja Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA) oczekuje przygotowania przed lotami dronów w kategorii szczególnej ogromnej dokumentacji na wzór lotnictwa załogowego. Chociaż nie… Chce więcej, pomimo znikomej liczby incydentów lotniczych – nie wspominając w ogóle o wypadkach – związanych z dronami. Mamy wrażenie, że naprawdę te unijne regulacje dążą do tego, aby faktycznie ukrócić loty w kategorii szczególnej.

Szybciej poleci się w kosmos niż z przesyłką medyczną wzdłuż Kampinoskiego Parku Narodowego…

KCh: Może nie jest aż tak źle, ale krok nas dzieli od eliminacji małych i średnich przedsiębiorstw, zwykle rodzinnych, z tego rynku. To zaprzeczenie deklaracji politycznych zawartych w Drone Strategy 2.0 z grudnia 2022 r.

RZ: Pamiętajmy też, że implementacja unijnych rozporządzeń wymusza na producentach dronów ich certyfikację. Najlepiej to idzie w przypadku maszyn dostosowanych do lotów w kategorii otwartej. Są już dostępne na rynku drony w kategoriach od C-0 do C-4. Gorzej wygląda to w przypadku lotów według STS. Dzisiaj (połowa grudnia 2023 r.) nie ma ani jednego drona przygotowanego pod kątem scenariusza STS-01. I są nieliczne dopuszczone do lotów w scenariuszu standardowym STS-02. Jak planować szkolenia i działalność biznesową?!

Pozostaje kwestia kategorii certyfikowanej.

RZ: Ta została wymyślona ze względu na loty wysokiego ryzyka z ludźmi na pokładzie i na potrzeby transportu materiałów niebezpiecznych ciężkimi maszynami typu eVTOL (elektryczne statki pionowego startu i lądowania). To wymagałoby certyfikacji sprzętu, lecz obecnie ta kategoria nie ma racji bytu. Cały biznes, którego fundamentem jest zaufanie do technologii latających robotów, zaczyna się w kategorii szczególnej. Większość misji można wykonać bezpiecznymi, relatywnie małymi dronami o niedużych zasięgach. To jest sprzęt dość dojrzały technologicznie, zapewniający niskie ryzyko. Wobec tego kategoria szczególna powinna być postawiona na pierwszym miejscu, dalej mieć możliwość rozwoju, po to właśnie, żeby przygotowywać technologię pod kątem przyszłych lotów większych maszyn z ludźmi na pokładzie.

Słowem, niech koncepcja Urban Air Mobility (UAM) dotyczy kategorii certyfikowanej. Czy zgadzacie się z takim poglądem?

RZ: Tak.

KCh: Szkoda, że EASA w swoim właśnie opublikowanym internetowym węźle innowacyjnej mobilności lotniczej wrzuca drony i eVTOL do jednej przegródki. Takie podejście prowadzi do uproszczenia spojrzenia na drony i automatycznego podwyższenia ryzyka ich stosowania na wzór eVTOL. Transportowanie medykamentów czy krwi dronami uważa się za transport ludzi. A wówczas takie loty są kwalifikowane do kategorii certyfikowanej.

Czas zatem określić stan Waszego ducha na najbliższe miesiące. Czy jesteście pesymistami, realistami czy też optymistami?

KCh: Jestem optymistycznym realistą, bo wiem, że rozwoju tej technologii w zadaniach biznesowych nie da się zatrzymać. Korzystają z niej i będą jeszcze więcej korzystać geodeci, budowlańcy, strażacy czy też ratownicy górscy. Im drony pomagają w pracy. Boję się jednak, że zbyt dużo pilotów i operatorów przejdzie do szarej strefy.

RZ: Jesteśmy prawie 10 lat na rynku. Wiele już przeszliśmy, ufam, że poradzimy sobie i tym razem. Wydaje się, że usługi takiej firmy jak nasza będą potrzebne. Tu się tego się nie obawiam. Ale jak będzie, to się przekonamy za rok.

Karol Cheda i Radosław Zych, Akademia UAV
Karol Cheda i Radosław Zych, Akademia UAV
Akademia UAV jest Partnerem Droniady 2024. Powyższy wywiad ukaże się również w wersji angielskiej w przygotowywanym właśnie specjalnym wydaniu raportu "Burza. Rynek dronów w Polsce. Raport Fundacji Instytut Mikromakro i Łukasiewicz - Instytut Lotnictwa". 
Facebook
Twitter
LinkedIn

Polecamy artykuły podobne tematycznie